Elegancka Parma wciągała mnie powoli, lecz skutecznie. Zaskoczyła unikatowymi zabytkami, oszołomiła niezwykłością fresków, zniewoliła umamicznym smakiem lokalnych serów i szynek, a na koniec powiodła (i uwiodła) krętymi ścieżkami jakże kochanej przeze mnie muzyki.
Zacznijmy od najbardziej niezwykłego, według mnie, zabytku miasta, czyli Palazzo Pilotta, który skrywa w sobie prawdziwą perełkę. Teatro Farnese to XVII wieczny drewniany teatr z ruchomą sceną. Jeden z najstarszych tego typu obiektów w Europie. We Włoszech starszy jest chyba tylko renesansowy Teatro Olimpico z Vicenzy, który również bardzo chciałabym kiedyś zobaczyć.
Pomysł powstał w głowie władcy Parmy Ranuccio I Farnese właściwie na prędce, gdy ten chciał zrobić wrażenie na przyjazd rodu Medyceuszy. Setki rzemieślników i artystów miało w kilka miesięcy z drewna i gipsu stworzyć dzieło, na widok którego mediolańczykom opadnie szczęka. Nie opadła tylko dlatego, że gość zmarł, zanim dotarł do Parmy. Niepocieszony książę wyluzował i dał pracownikom spokojnie dokończyć projekt.
Pierwszy spektakl odbył się dziesięć lat później w 1628 roku i można przypuszczać, że uzębienie widzów poszło jednak w dół, kiedy na plateau wylano hektolitry wody, w której w takt muzyki Monteverdiego bitwę stoczyły morskie potwory z mitologicznego dramatu “Merkury i Mars”. Jak widać książęta w Parmie mieli rozmach i pieniądze. Wymyślne przedstawienia kosztowały fortunę, dlatego też odbywały się niezwykle rzadko. Na takie fanaberie można było narażać dworski budżet najwyżej raz do roku, a bywało że i rzadziej.
Za panowania Burbonów zaniechano organizacji przedstawień w Teatro Farnese, a i cesarzowa Maria Luiza nie odważyłaby się trwonić pieniędzy na takie zbytki, nawet gdyby sam Napoleon miał na tę okazję zwiać z Elby 😜. Opuszczony teatr popadał w ruinę, stając się urbexową atrakcją dla licznych podróżników. To paradoksalnie dzięki ich szkicom udało się po II wojnie światowej dokonać wiernej rekonstrukcji niemal doszczętnie zniszczonego zabytku.
Oprócz teatru moje serce skradła również pałacowa biblioteka. Szkoda, że zwiedzającym udostępniona jest tylko część tego kompleksu, ale i to robi wrażenie. Nie urzekła mnie jednak bryła samego Palazzo Pilotta ani okolica. Wieczorem miejsce, choć pięknie oświetlone, co widać na ostatnim zdjęciu tego wpisu, przyciąga szemrane towarzystwo. Bądźcie zatem ostrożni, bo mimo, że to ścisłe centrum, okolica po zmroku nie wydała mi się ani przyjazna, ani bezpieczna.
Dużo pewniej czułam się w wąskich uliczkach starego miasta. Gdzie roi się od zabytków światowej klasy. Punkt obowiązkowy to oczywiście Piazza Duomo, który swą nazwę bierze od wznoszącej się przy nim okazałej świątyni. Katedra w Parmie to kolejna po Modenie, o której piszę 🔍 tutaj, romańska perełka Emilii-Romanii. Oba kościoły są zresztą trochę do siebie podobne.
Jednak mimo że główna świątynia miasta prezentuje się wspaniałe, a wewnątrz, za darmo, podziwiać można wspaniałe freski Corregia, to całe “szoł” w tym miejscu kradnie znajdujące się tuż obok gigantyczne baptysterium w kolorze majtkowego różu (ups! marmur weroński). Kogo oni tam chrzcili, ja się pytam? King Konga? Godzillę? Predatora? Czy może przerośniętą lalkę Barbie? Naśmiewam się trochę, ale w środku oniemiałam. Kolumny, rzeźbienia, malowidła na ścianach wszystko to robi naprawdę ogromne wrażenie.
Okazuje się, że mają tego w Parmie więcej. Koniecznie zajrzyjcie do kompleksu San Paolo dawnego klasztoru sióstr benedyktynek. W komnatach siostry przełożonej znajduje się najpiękniejsze, według mnie, malowidło w całej Parmie. To spływający z sufitu fresk Correggia z 1519 roku. Szesnaście wstęg poprzetykanych wikliną i pulchne ciałka cherubinków wyglądają jakby za chwilę miały spaść nam na głowę. Idealny przykład trójwymiarowej magii malarstwa iluzjonistycznego. Szacun panie Correggio 😊.
Moja mała rada jest taka, żeby dawkować sobie estetyczne doznania i zacząć od katedry i baptysterium, a potem zajrzeć do klasztoru, wstępując po drodze na szybką kawkę przy barze do stylowej Cafe Cavour. Ze sztuką jest bowiem tak samo jak z winem: najlepsze na końcu. Poza tym w klasztorze do zobaczenia jest jeszcze niewielka cela zwana celą św. Katarzyny z freskami przedstawiającymi epizody z jej życia, a także darmowe, kameralne muzeum sztuki Pinacoteka Stuard.
Jeśli chodzi o muzea polecam również znajdujące się przecznicę dalej Muzeum Glauco Lombardi, a w nim wystawę poświęconą ulubienicy Parmy i kobiecie, która, miała ogromny wpływ na jego wizerunek. Mam na myśli Marię Luizę Bonaparte. Podczas gdy Napoleon po abdykacji został uwięziony na Elbie, cesarzową “skazano na dożywocie” w księstwie Parmy. Wydaje się jednak, że obie strony były z tego faktu bardzo zadowolone. Druga żona Napoleona pokochała Parmę, a Parma pokochała cesarzową. Ponoć do dziś grób Marii Luizy w wiedeńskim kościele kapucynów dekorowany jest jej ulubionymi parmeńskimi fiołkami, które stały się jednym z symboli miasta. Niektórzy nawet postulują, by jej zwłoki ponownie ściągnąć do Parmy.
Ale Maria Luiza to nie jedyna ulubienica Parmy. Najbardziej znaną postacią kojarzoną z miastem jest chyba Giuseppe Verdi mój ulubiony włoski kompozytor operowy. Dla świata głównie autor Traviaty, a dla Włochów opery Nabucco, którego chór z trzeciego aktu, “Va’ pensiero”, przez wielu uważany jest nawet za nieoficjalny hymn Italii. Więcej o tym fenomenie pisałam 🔍 tutaj przy okazji niezapomnianej wizyty w Arenie di Verona.
Kiedy Maria Luiza, w wieku 23 lat pojawiła się w Parmie, roczny bąbel Giuseppe biegał po podwórzu domu w swojej rodzinnej wsi Roncole koło Busseto jakieś 30 kilometrów od Parmy. I choć jego zawodowe życie związane było głównie z mediolańską La Scalą, to gdy tylko nadarzyła się okazja wrócił w rodzinne strony, kupując ziemię i budując nieźle funkcjonujące gospodarstwo rolne w miejscowości Sant'Agata. Dziś w regionie zwiedzać można zarówno część dawnej posiadłości Villa Verdi jak i Muzeum Verdiego w Busseto.
W Parmie Verdi macha do nas między innymi z pomnika przy pałacu Pilotta. Obecnie to tylko fragment większego dzieła, które przed wojną, w postaci łuku triumfalnego i otaczającego go amfiteatru, stało naprzeciw parmeńskiego dworca. Mimo to jest dziś miejscem spotkań fanów, którzy szczególnie jesienią, podczas festiwalu poświęconemu artyście, zbierają się tu licznie, by wspólnie śpiewać najbardziej znane operowe arie mistrza.
Pogodna twarz kompozytora wita na również z ławeczki przed muzeum Casa della Musica, które przeprowadza nas przez lokalną historię muzyki, pokazując Parmę jako ważny punkt na muzycznej mapie Włoch. Tuż obok, w dawnym kościele św. Elżbiety, ciekawa wystawa na temat historii dźwięku z imponującą kolekcją instrumentów muzycznych, gramofonów i innych dźwiękowych wynalazków. Dzieciaki zaś oszaleją na punkcie olbrzymich skrzypiec na pobliskim placu zabaw. Parma udowadnia, że muzyka, również ta operowa, jest dla każdego i w każdym wieku. I w dodatku na każdą kieszeń, bo wszystkie muzyczne atrakcje miasta zwiedzicie za darmo.
Nie zapłacicie zatem również ani centa, zaglądając do domu rodzinnego innej muzycznej gwiazdy światowego formatu, Artura Toscaniniego. Trzypiętrowy, niepozorny budynek, w którym słynny dyrygent urodził się i spędził lata młodości, znajduje się rzut beretem od Parco Ducale, miejsca zimą nieco martwego, ale zapewne ożywionego, gdy tylko nadejdą pierwsze oznaki wiosny.
Po studiach muzycznych w Parmie i Mediolanie Toscanini rozpoczął karierę za oceanem, ale początkowo nie były to tak mocno kojarzone z nim Stany Zjednoczone, a Argentyna. To w Rio de Janeiro świat zachwycił się młodym geniuszem, który podczas nagłego zastępstwa z pamięci poprowadził operę Aida autorstwa swojego ziomala Giuseppe Verdiego.
Potem przez długie lata dzielił życie między mediolańską La Scalą, a nowojorską Metropolitan Opera House, zahaczając gościnnie o największe festiwale operowe świata na czele ze słynnym wagnerowskim Bayreuth, o którym przeczytać możecie 🔍 tutaj, gdzie orkiestra Toscaniniegi była pierwszym występującym tam zespołem spoza Niemiec.
Opera zawdzięcza mu nie tylko wybitne wykonania największych dzieł Verdiego, Pucciniego, Mozarta czy Wagnera, ale także otwarcie drzwi na nowe trendy jakimi była muzyka Strawińskiego czy słynny koncert 7 Symfonii Dymitra Szostakowicza pod wymownym tytułem “Leningrad”, która stała się symbolem dezaprobaty dyrygenta wobec wojny i wszelkich przejawów totalitaryzmu.
“Reformy” Toscaniniego przetrwały do dziś. To on pierwszy zakazał klaskania podczas koncertów oraz bisów w trakcie spektakli. Spóźnialscy nie byli wpuszczani do La Scali, a awanturników wypraszano z teatru bez względu na status. Przedstawienia zaczęto grać w ciszy i skupieniu przy zgaszonym oświetleniu. Jednym słowem wychował sobie widzów, nie tracąc przy tym szacunku, za co wszyscy melomani powinniśmy być mu wdzięczni.
Skoro tyle piszę o muzyce nie sposób pominąć największej parmeńskiej instytucji operowej, czyli Teatro Regio. W tym miejscu historia zatacza koło i wraca do postaci Marii Luizy. To na jej polecenie przy pałacu Pilotta powstał w 1829 roku nowy teatr, skromniejszy i mniej kosztowny od Teatro Farnese.
O ile z zewnątrz budynek faktycznie nie powala, o tyle w środku wszystko jest na bogato i słowo “skromniejszy” zupełnie mi tu nie pasuje. Mało tego, teatr uchodzi za jeden z najpiękniejszych w tej części Włoch. Mimo, że dzisiejsza wersja mocno odbiega od oryginału, a swoje trzy grosze dorzucali tu różni pomysłodawcy, nie wyłączając samego Verdiego, sporo elementów nawiązuje do ukochanej władczyni Parmy. Neoklasyczna forma, pokój cesarzowej, która miała bezpośredni dostęp do teatru z komnat swojego pałacu i zachowana do dziś kurtyna autorstwa parmeńskiego artysty Giovan Battisty Borghesiego z portretem Marii Luizy jako Minerwy siedzącej na tronie w otoczeniu nimf, bogów i artystów. Spektakl w takim miejscu to prawdziwa, duchowa uczta.
Myslac o uczcie, faktycznie zgłodniałam, ale zanim zacznę rozpływać się nad parmeńskimi specjałami, spod opery przebiegam jeszcze szybko przez ulicę by znaleźć się pod Bazyliką Santa Maria della Steccata (przecież uprzedzałam, że będzie chaotycznie 😜). Tu warto wstąpić żeby zobaczyć malowidła innego parmeńskiego artysty Francesco Mazzoli, zwanego potocznie Parmigianino, którego pomnik znajduje się na placu przy bazylice. Świątynia jest również miejscem pochówku książąt Farnese najznamienitszych władców Parmy. W krypcie spoczywa 26 członków tego słynnego rodu, a ostatni pogrzeb odbył się w 2022 roku.
Na koniec wisienka na torcie, czyli parmeńskie kulinaria. Właściwie powinnam od tego zacząć. Po pierwsze dlatego, że po to właśnie tu przyjechałam, o czym piszę szczegółowo w osobnym wpisie poświęconym kuchni regionu Emilia-Romania, który znajdziecie 🔍 tutaj, a po drugie dlatego, że nie znam drugiego miasta, które dałoby światu aż tyle dobrego.
Dwa flagowe parmeńskie przysmaki to oczywiście długodojrzewająca szynka i parmezan. Jakież było jednak moje zaskoczenie, kiedy na miejscu okazało się, że słynne prosciutto di Parma to właściwie produkt “drugiej kategorii”, bo tu króluje culatello di Zibello. Nazwa pochodzi od jednej z kilku miejscowości w rejonie Parmy w których jest produkowany. “Tyłeczek z Zibello” jest od szynki parmeńskiej dużo mniejszy i poznacie go po charakterystycznym kształcie pękatej gruszki. Wydłużony do minimum 17 miesięcy czas dojrzewania sprawia, że wędlina ta jest niezwykle aromatyczna. W parmeńskich restauracjach wisi ich całe mnóstwo, szczególnie w prywatnych piwniczkach, bo w przeciwieństwie do prosciutto, culatello lubi wilgotne przestrzenie. Koniecznie zamówcie do tego smażone w głębokim smalcu chlebki, zwane tutaj najczęściej torta fritta.
Plotka głosi, że świnie, z których robi się szynkę parmeńską karmione są serwatką z parmezanu, co ma być tajemnicą jej wyjątkowego, słodkiego smaku. Co do świnek pewności nie mam, ale za to wiadomo, że krówki rasy reggiana są na ścisłej diecie. Zresztą słowo ścisły jest w przypadku parmezanu odmieniane przez wszystkie przypadki. Produkcja sera jest pod ścisłym nadzorem Konsorcjum do spraw Parmigiano Reggiano. Śmiem twierdzić, że ściśle ustalone są także odległości między kropkami, którymi wykropkowywana jest nazwa Parmigiano Reggiano.

Prawdziwy parmezan jest dobry na wszystko. Nazwany w 1612 roku przez księcia Parmy “Królem serów” godnie broni swej korony, mimo że konkurencja duża. Niemniej jednak kilka rekordów należy tu wymienić. Po pierwsze w kwestii ilości białka nie ma sobie równych. Prawie 40% to zacny wynik. Spokojnie mogą się nim żywić sportowcy na masie. Stek z parmezanu? Hmm, to byłoby coś. Do diety mogą włączyć go również osoby nietolerujące laktozy, bo zawiera jedynie śladowe jej ilości. Za to mnóstwo w nim… glutaminianu. Tak, dobrze czytacie. Wolny glutaminian, czyli naturalny kwas glutaminowy, to aminokwas, który jest głównym nośnikiem piątego smaku, czyli umami. W rocznym parmigiano reggiano jest go około 1000 miligramów, a w trzyletnim już nawet ponad 2000. Dla porównania w szynce parmeńskiej będzie go nieco ponad 300 miligramów. Już wiecie więc co najlepsze na na chandrę: parmezan, nie czekolada.
W Parmie znajdziecie wiele sklepów z lokalnym jedzeniem, gdzie z sufitu zwisać będą najróżniejsze odmiany szynek, a w lodówkach złocić się będą najwspanialsze sery. Ja polecam zakupy w Casa di Parmigiano Reggiano, sklepiku na przeciwko opery specjalizującym się w tym właśnie serze, gdzie naprawdę dobrze Wam doradzą i co ważniejsze dadzą spróbować. Z doświadczenia wiem, że na przykład taki prawie brązowy, pięcioletni parmezan dla niektórych może okazać się zbyt intensywny.
Czego jeszcze warto spróbować w Parmie? Cavàl pist, czyli pesto z koniny przypomina tatara, receptura jest jednak dużo mniej skomplikowana. Wystarczy dodać sól, pieprz, sok z cytryny, garść kaparów i końskie pesto gotowe. Najlepiej smakuje w wersji street foodowej podawane w pszennym panini. Jeśli nie macie uprzedzeń związanych z jedzeniem koniny bądź surowego mięsa, będziecie zachwyceni. Najlepsze kanapki nie tylko z końskim pesto zjecie w Da Pepèn albo na przykład w Paninoteca da Walter.
Wieczór w Parmie warto zakończyć w jednej z cudownych winiarni w okolicy placu Garibaldiego lub ciągnącej się od niego słynnej ulicy Farini, gdzie lokalne wino (niekoniecznie lambrusco) idealnie zagra z parmeńskimi pysznościami. Polecana przez wielu, niezwykle klimatyczna Enoteca Tabarro to moje ostatnie, ale jakże przyjemne, wspomnienie z Parmy 😊.
Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.
Komentarze
Prześlij komentarz