ANTWERPIA - Klejnot Flandrii


Eklektyczna i kosmopolityczna, otwarta na świat i nowe trendy, a jednocześnie trochę staroświecka, pachnąca olejną farbą obrazów flamandzkich mistrzów i wilgocią skrzypiących drewnianych schodów wiekowych kościołów i kamienic. Taka jest właśnie Antwerpia, jedna z największych metropolii Belgii, drugi co do wielkości port Europy i niezwykły europejski klejnot wciąż do odkrycia.

Antwerpia to miasto, które od lat przewija się przez moje zawodowe życie, ale jak to w pracy, ciężko znaleźć czas na porządne zwiedzanie. W tym roku jednak postanowiłam to zmienić i wreszcie poznać je bliżej, a może nawet zaprzyjaźnić się. To ostatnie łatwe ponoć nie jest, bo miejscowi lubią zadzierać nosa i uważać się za lepszych od innych. Powodów do dumy na pewno im nie brakuje, ale traktowanie swoich rodzimych sąsiadów wyłącznie jako przysłowiowe parkingi, to chyba lekka przesada. Tym bardziej, że pozostałe belgijskie miasta takie jak chociażby Brugia, Gandawa, a przede wszystkim Bruksela też mają wiele do zaoferowania.

Jeśli przyjedziecie do Antwerpii pociągiem jest szansa nawet na miłość od pierwszego wejrzenia. Powiedziedzieć, że tutejszy dworzec główny jest zjawiskowy, to jak nic nie powiedzieć. Okazały budynek z 1905 roku ze względu na swoje charakterystyczne zdobienia i wielkość nazywany jest często “kolejową katedrą”. Architekt Louis Delacenserie, znany w Belgii z odnowy wielu gotyckich zabytków tym razem stworzył dzieło inspirowane rzymskim Panteonem i dworcem w szwajcarskiej Lucernie, o której poczytać możecie 🔍 tutaj. Koniecznie wejdźcie do środka. Główny hol, którego kopuła wznosi się na wysokość 75 metrów po prostu Was zachwyci. Olbrzymi dworzec odzwierciedlający potęgę i niechlubną dziś pamięć o królu Leopoldzie II (tego od nieludzkiej eksploatacji kolonii w Kongo) okazał się jednak mało praktyczny. Wyobraźcie sobie, że w latach siedemdziesiątych była to ruina, którą planowano nawet wyburzyć. Na szczęście zmieniono plany i dziś, starannie odrestaurowany dworzec, raduje serce mieszkańców i turystów.


Już przy samym dworcu czeka na Was sporo atrakcji. Największym zaskoczeniem było dla mnie odkrycie, że na tyłach budynku znajduje się olbrzymi park i ZOO. Warto o tym pamiętać, jeśli macie dzieci lub po prostu chcecie odpocząć wśród zieleni w oczekiwaniu na pociąg.



Zwiedzanie zacznijmy jednak od Dzielnicy Diamentów, z których od wieków słynie Antwerpia. W handlu tymi kamieniami wyspecjalizowała się, całkiem spora, lokalna społeczność żydowska, która przez setki lat była monopolistą na światowym rynku tego drogocennego kruszca. Spacerując po z pozoru zaniedbanych ulicach Pelikaanstrat, Hoveniersstrat czy Rijfstrat, zobaczycie masę luksusowych sklepów z biżuterią i kręcących się wszędzie charakterystycznych ortodoksyjnych Żydów. Obrazki trochę jak z przedwojennej Warszawy. Nie bez powodu, dzielnica nazywana jest często “Kleine Warschau”, bo wielu przodków jej mieszkańców przybyło tu właśnie ze stolicy naszego kraju. To, czego nie zobaczycie, to ponad 40 kamer monitorujących dzielnicę. Można więc rzec, że to jedno z najbezpieczniejszych miejsc w mieście 😄.


Chasydów jest w Antwerpii coraz mniej, choć to oni przykuwają uwagę gapiów, w tym również moją. Ich rola w światowej dystrybucji diamentów też jest coraz mniejsza. Rynek dzielą między innymi z prężnie działającymi w branży Hindusami, ale także z Chińczykami czy Arabami. Mimo to nadal know-how dotyczący oceny i selekcji surowca odbywa się w antwerpskich laboratoriach. Podstawowe zasady to 4 x C, czyli carat(ct) - masa, color – barwa, clarity – czystość, cut - szlif. Do tego w ostatnich latach belgijska Wysoka Rada Diamentowa (HRD) dodała jeszcze jedno C - confidence - zaufanie. To ono było podstawą handlu diamentami od zawsze, a żydowskie “Mazzel” znaczyło więcej niż spisany kontrakt. Odkąd jednak wypromowano diamenty jako dobro hiper luksusowe, idea zaczęła się gwałtownie degenerować, a pieniądze ze sprzedaży “Krwawych diamentów ”, wspierały wojny, terroryzm i napędzały jeszcze bardziej wyzysk pracowników kopalni tego kruszca. Na ile jednak możliwy jest uczciwy biznes diamentami, kiedy nawet sama Belgia nie potrafiła stanąć po stronie Ukrainy i poprzez zakaz handlu z Rosją, obawiając się utraty jednej trzeciej surowca? Myśląc o tym wszystkim, przestaję marzyć o pierścionku z diamentem, serio.


Dla wielu z Was zaniedbany Diamond District będzie sporym rozczarowaniem. Wrażenie poprawić może chyba jedynie wizyta w Muzeum Diamentów. DIVA to niewielkie muzeum położone nieopodal głównego placu. Oprócz historii i wielu praktycznych informacji zobaczyć tu można niezwykle diamentowe eksponaty od biżuterii począwszy, na rakiecie tenisowej kończąc.

Największy diament znajdziecie jednak w porcie. To nowy budynek Zarządu Portu dosłownie postawiony na starej zabytkowej remizie strażackiej. Autorką tego niezwykłego projektu jest znana, nieżyjąca już niestety architektka Zaha Hadid. Oddany do użytku w 2016 roku Port House znajdujący się w doku Kattendijke na nabrzeżu 63 wygląda trochę jak kadłub statku pokryty trójkątnymi, szklanymi elementami, które przypominają drogocenny kamień. Budynek okrzyknięto nowym symbolem miasta nawiązującym zarówno do złotych czasów handlu diamentami jak i do wielowiekowych tradycji morskich drugiego po Rotterdamie portu handlowego w Europie.


Na diamenty mnie nie stać, ale na czekoladę tak. Antwerpia jak każde szanujące się miasto w Belgii pielęgnuje czekoladową tradycję na najwyższym poziomie. Wracając w okolice dworca koniecznie odwiedzić trzeba Chocolate Nation znajdujące się tuż przy charakterystycznej bramie prowadzącej do chińskiej dzielnicy miasta. Bilet do muzeum czekolady tani nie jest, ale nawet jeśli nie zdecydujecie się na zwiedzanie, koniecznie zajrzyjcie do muzealnego sklepiku.


To jedyne miejsce, gdzie udało mi się upolować prawdziwą różową czekoladę. Ten rarytas opatentowany przez Belgów z firmy Barry Callebaut w 2017 roku jest wynikiem odpowiedniego przetworzenia ziarna kakaowca, który daje czekoladzie naturalny rubinowy kolor i lekko kwaskowaty smak. Nie ma on nic wspólnego z czekoladą jogurtową czy też innymi rodzajami słodyczy farbowanych sztucznymi barwnikami. Tu wszystko jest naturalne, a Ruby Chocolate uznano za niezwykle odkrycie i czwarty smak po znanych nam powszechnie czekoladach gorzkich, mlecznych i białych.


To nie koniec czekoladowych odkryć w Antwerpii. Przechadzając się główną aleją miasta, Meir, zajrzyjcie koniecznie do najpiękniejszego, według mnie sklepu z czekoladą. Mowa o The Chocolate Line pod numerem 50. To prawdziwy czekoladowy raj nie tylko dla łasuchów, ale również dla estetów. Każdy klient czuje się tu wyjątkowo, nawet gdy kupuje jedną małą czekoladkę za 2,50 EUR na spróbowanie. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy miły pan przy ladzie zaczął ją starannie pakować w piękne złote pudełeczko, a następnie w tę śliczną, fioletową torebunię. Pomyślicie, że to nieekologiczne? Ależ skąd. Torebka wróciła ze mną do Polski i do dziś jest ozdobą w moim salonie, a jak mi się znudzi, wypełnię ja po brzegi belgijskimi czekoladkami i podaruję komuś bliskiemu 😊.


Na Meir polecam również zajrzeć do przepięknego centrum handlowego znajdującym się pod numerem 78. Stadsfeestzaal to miejsce, w którym dawniej odbywały się tu największe i najwspanialsze bale w całej Antwerpii, a także wystawy sztuki, targi antyków czy targi motoryzacyjne. Po pożarze w 2000 roku, postanowiono odbudować obiekt i stworzyć w nim wyjątkowe centrum handlowe i gastronomiczne.  


Trzy minutki spacerem i jestem w kolejnym ikonicznym miejscu. W czasie mojego pobytu Dom Rubensa wciąż był w remoncie. Można jednak było wejść na dziedziniec, który daje niejakie pojęcie, o tym w jakim otoczeniu żył i tworzył słynny antwerpski artysta. Za darmo można tu zajrzeć również do biblioteki. W podziemiach muzeum otwarto również wystawę o Rubensie, ale trzeba pamiętać, aby bilety w sezonie zamówić co najmniej z kilkudniowym wyprzedzeniem, bo cieszy się ona ogromnym zainteresowaniem.


Tłumy w Rubenshuis zupełnie mnie nie dziwią, za to pustki w pobliskim muzeum Mayer van den Bergh już trochę tak. A to przecież tutaj wisi jedno z największych arcydzieł innego słynnego flamandzkiego malarza Pietera Bruegla Starszego. Muszę Wam powiedziedzieć, że spotkanie sam na sam z “Szaloną Gochą” to jest przeżycie nie do opisania. Jeśli lubicie kontemplować sztukę bez skrępowania, to ten niezwykły dom antwerpskiego kolekcjonera sztuki będzie dla Was niezwykle błogim przystankiem podczas eksploracji miasta.


Tyle się dzieje, a ja jeszcze nie dotarłam do centrum starego miasta. Musicie mi wybaczyć, ale tutaj co chwilę coś mnie rozprasza: a to ciekawy koncept store przy Granmarkt 13, a to urocza winiarnia z książkami Luddites Books and Vine przy Hopland 34, a to w końcu galanteria A. Boon na Lombardenvest 2 ze skórzanymi rękawiczkami, po które do Antwerpii przyjeżdżał sam Karl Lagerfeld!


Wałęsając się po mieście, docieram w końcu na starówkę. To miejsce, które znam od lat, a mimo to niezmiennie mnie zachwyca: flamandzka architektura, przytulne knajpki i sklepiki, gwar ludzi. Główny punkt orientacyjny widoczny z daleka to oczywiście gotycka katedra Najświętszej Marii Panny. Nie ma się czemu dziwić, dzięki swojej 123 metrowej, strzelistej iglicy jest najwyższym budynkiem kościelnym w mieście, a nawet w całym kraju. Jeśli się nie mylę, mieści się też w pierwqszej dziesiątce największych świątyń Europy.



Wejście do środka jest płatne 12 EUR i nie obejmuje go belgijski muzeum pass, ale naprawdę warto. Szczególnie dla obrazów Rubensa, ze słynnym “Zdjęciem z krzyża” na czele. Na terenie kompleksu katedralnego jest jeszcze parę innych atrakcji, między innymi.,. bistro De Plek, w którym możecie coś przekąsić i spróbować piwa z przykościelnej warzelni. Jak widać, Belgowie sprytnie łączą sprawy ducha i ciała. Robią to skutecznie od wieków zresztą 😜.



Najświętsza Maria Panna jest patronką katedry, ale też całego miasta. Podczas spaceru uważny obserwator zauważy, że figurki z jej podobizną znaleźć można na fasadach domów niemal przy każdej ulicy. Antwerpskie madonny miały chronić mieszkańców przed nieszczęściami, ale były również oryginalnym sposobem na oświetlenie miasta. Właściciele takich podświetlanych figurek płacili ponoć mniejsze podatki. Dziś Antwerpia z dumą pielęgnuje tę piękną tradycję, a miasto szczyci się posiadaniem aż 170 takich figurek. Czasem zamiast świętej zobaczyć można na przykład parasol. Czyżby Najświętsza Panienka nie bardzo radziła sobie z ochroną przed kapryśną antwerpską pogodą? 😜


Nogi same niosą mnie na główny plac miasta, czyli Grote Markt. Wielki Rynek otoczony jest wianuszkiem przecudnych kamieniczek, a jego największą ozdobą jest miejski ratusz, wspaniały przykład renesansu flamandzkiego. Ratusz można zwiedzać z przewodnikiem, ale zapisać trzeba się wiele tygodni wcześniej i wstrzelić dokładnie w ustalone godziny. Nie jest to więc łatwe dla kogoś, kto odwiedza Antwerpię weekendowo. Zresztą atrakcji wokół jest tak wiele, że żal szybko mi mija.


Przystaję na chwilę pod słynną fontanną Brabo przedstawiającą rzymskiego żołnierza Sylviusa Brabo z odciętą ręką olbrzyma, który nękał mieszkańców miasta, zmuszając ich do płacenia daniny. Kto nie chciał zapłacić, temu odcinał rękę. Według legendy los odpłacił mu się tym samym, a dzielny Brabo stał się wybawicielem miasta. Na cześć tego wydarzenia miasto przyjęło nazwę Hand werpen, dziś Antwerpen, co oznacza po holendersku “rzuconą rękę”, a prowincja, w której leży miasto, nazwana została Brabancją.


Spacer po starówce należy tradycyjnie zakończyć pod zamkiem Het Steen. To najstarsza budowla w Antwerpii, której historia sięga IX wieku. Warownia jest ładnie odrestaurowana, ale malutka, na tyle, że nie robi na mnie, mieszkańce Krakowa, większego wrażenia.

Bram zamku strzeże za to intrygujący olbrzym. Jak się okazuje, to kolejna mityczna postać związana z Antwerpią. Według lokalnych podań Lange Wapper to łotrzyk mający zdolność zmiany kształtu swojego ciała. Mógł być nie tylko mały albo duży, ale także przybrać postać kobiecą. Z reguły niegroźny ograniczał się do niewinnych psikusów i straszenia ludzi, którym zaglądał do okien. Jeśli jednak ktoś okazał się zbyt zuchwały, mógł przypłacić życiem spotkanie z olbrzymem.


Jeśli macie więcej czasu to w okolicy znajdziecie jeszcze kilka ciekawych atrakcji. Po pierwsze nie odmawiajcie sobie przejażdżki oldschoolowymi ruchomymi schodami prowadzącymi do tunelu Św. Anny. Sam tunel nie jest tylko zabytkiem, ale bardzo praktycznym przejściem podziemnym, a właściwie podwodnym na drugą stronę miasta, gdzie rozciąga się niesamowita panorama Antwerpii.


Po drugie wstąpcie do Muzeum Drukarstwa.Tego miejsca nie planowałam odwiedzać, ale idąc przez miasto do tunelu św. Anny zauważyłam ciekawy budynek i okazało się, że to właśnie to muzeum. Stara drukarnia Plantin Moretus w zabytkowej kamienicy to pretekst do niezwykłej podróży w czasie i przestrzeni jakich w Antwerpii mi nie brakuje. Druk, książki i związana z nimi wiedza to, jak antwerpski port, brama na szeroki świat. Oprócz tego sam budynek jest niezwykle klimatyczny. Jeśli lubicie przydymione wnętrza i skrzypiące podłogi, spodoba Wam się na pewno.


Również przez przypadek, idąc za grupą turystów odkryłam absolutną perełkę. To wiekowa biblioteka Heritage Library, a w niej zjawiskowa sala Nottebohma, nazwana na cześć antwerpskiego biznesmena i filantropa. To naprawdę magiczne miejsce pełne starych książek i jeszcze starszych globusów. Uwielbiam takie miejsca, więc dzielę się z tymi, którzy też mają bibliofilskie zajawki. A z tyłu głowy wciąż ta myśl, że umiłowanie książek i zawartej w nich wiedzy oraz podróże są motorem rozwoju każdej cywilizacji.


Z natłoku atrakcji i wrażeń zapomniałam o jedzeniu. Najlepsze miejsce na szybką przekąskę to oczywiście bary z frytkami. Mam dla Was w tej materii trzy propozycje. Po pierwsze Fritkot MAX, czyli najstarsza frytkarnia w mieście. Dobrze, dużo i tanio zjadłam też we Frituur 't Stad dwa kroki od katedry. Jeśli jednak macie ochotę na frytki w wersji de luxe to, koniecznie wybierzcie się do Frites Atelier, To koncept wymyślony wprawdzie przez Holendra, ale Sergio Herman, utytułowany, gwiazdkami Michelin szef kuchni, to marka, której możecie być pewni. Za frytki w gwiazdkowym wydaniu trzeba zapłacić drugie tyle, ale doznania smakowe są bezcenne. Do zdjęcia jednak wybrałam zestaw od frytkowego weterana, czyli Fritkot MAX, bo w innych miejscach z głodu albo z wrażenia zapomniałam zrobić fotki 🙈.


Najedzeni ruszamy w kierunku portu, bo tam czeka na nas prawdziwa wisienka na torcie, a jest nią muzeum MAS. Charaktergstyczny budynek Museum aan de Stroon górujący nad antwerpskim portem zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To nie tylko bardzo ciekawy budynek, ale przede wszystkim 10 pięter niesamowitych przeżyć z Antwerpią w tle. Dosłownie i w przenośni, bo centralna wystawa opowiada o historii miasta, a wszystkie inne w mniej lub bardziej luźny sposób do niej nawiązują. Dodatkowo każde przeszklone piętro daje nam niesamowitą perspektywę na miasto z punktem kulminacyjnym na dachu budynku, skąd rozpościera się widok na cztery strony świata: port, dzielnicę Eiljande i rzekę Skaldę.


Czy wspomniałam już, że architektura tego miejsca jest zjawiskowa? I nie chodzi tylko o MAS, ale cały kompleks znajdujący się wokół. Wszystko wykonane z tego samego czerwonego indyjskiego piaskowca z falistymi elementami ze szkła jest przemyślaną spójną całością. Tu nawet detale nie są przypadkowe. Zwróćcie uwagę na maleńkie ręce na fasadzie głównego budynku nawiązujące do legendy, o obciętych dłoniach wrzuconych przez potwora do pobliskiej Skaldy. Kocham takie symboliczne nawiązania, a Wy?


Wejście do niektórych sal z wystawami czasowymi oraz na taras widokowy jest bezpłatne, ale tu akurat warto wydać parę euro, żeby nacieszyć się wszystkim, co oferuje muzeum. Ja, w pierwszym odwiedzonym muzeum, a było to znajdujące się nieopodal Muzeum Emigracji opowiadające historię słynnej Red Star Line, zakupiłam belgijski Museum Pass, który pozwala mi na wejście do niemal każdego muzeum na terenie Belgii przez okres jednego roku. To zmotywuje mnie do powrotu, choć szczerze mówiąc, trzy dni w Antwerpii wystarczyły, żeby inwestycja już się zwróciła. Polecam więc te opcję każdemu, kto lubi łazić po muzeach.


Muszę przyznać jednak, że po wizycie w MAS żadne inne antwerpskie muzeum już mnie tak nie zachwyciło. No może za wyjątkiem Królewskiego Muzeum Sztuk Pięknych, które oprócz imponującej kolekcji samo w sobie jest piękne. Muzeum Mody mnie rozczarowało, choć patrząc na historię belgijskiej haute-couture z “the Antwerp six” (grupa znanych, belgijskich projektantów z lat 80’) na czele spodziewałam się petardy. Na Muzeum Sztuki Współczesnej M HKA zlokalizowane w olbrzymich przestrzeniach dawnego magazynu zbożowego okazałam się z kolei za głupia 🙈.


Co mi zatem pozostało? Upić się belgijskimi piwem w słynnym browarze de Koninck. To atrakcja poza ścisłym centrum, więc jadę tramwajem. Wizyta w rodzimej warzelni to bardzo miłe zakończenie pobytu w Antwerpii, szczególnie, że okolica jest wyjątkowo urocza. Korzystam więc z okazji i zaglądam do dzielnicy Zurenborg, by podziwiać wypasione secesyjne kamienice, a w drodze do browaru odkrywam jeszcze jedną perełkę, czyli dzielnicę Groen Kwartier z niezwykłym kompleksem mieszkaniowym w stylu industrialnym, gwiazdkową restaurację The Jane w dawnym kościele i rewelacyjną strefę kulinarno-imprezową Pakt, przez którą to prawie spóźniłam się na degustację.




Zwiedzanie browaru zaczynamy od browaru, a nawet dwóch, które mamy w cenie biletu. Multimedialna wystawa nie jest duża, ale bardzo ciekawie zrobiona, a jedną z atrakcji jest to, że wchodzimy do środka słynnej pękatej szklanki do piwa zwanej tutaj bolleke. Dwie małe bolleke kupiłam sobie zresztą w tutejszym sklepiku na pamiątkę. Jak się okazuje ten najbardziej antwerpski browar swoją historią i pierwotną nazwą, Brouwerij De Hand, też nawiązuje do charakterystycznego dla miasta motywu ręki. Niewielką dłoń wypatrzeć można też w oryginalnym logo firmy.



Na koniec zabieram Was na obrzeża miasta do Parku Middelheim, który bije rekordy popularności wśród mieszkańców Antwerpii i odwiedzających miasto turystów. Muzeum i rozsypane wśród zieleni rzeźby to dobry pomysł na nietypowe zakończenie pobytu w Antwerpii, a trochę ruchu na świeżym powietrzu pozwoli Wam spalić kalorie po hektolitrach wypitego piwa i wciągniętych frytek. Ruszam zatem pobiegać i macham do Was przyjaźnie ręką. Mam nadzieję, że w tych krzakach żaden antwerpski potwór mi jej nie odetnie 😜.

 
Ten post nie jest reklamą, a wyłącznie moją osobistą rekomendacją.

Komentarze

Obserwuj Instagram!